Nie chcemy żyć w gettach! Jeszcze do niedawna takie słowa mogły mocno zaskakiwać. Dzisiaj są całkowicie zasadne. Wszystkiemu winne ekrany akustyczne, których w Kielcach powstało w ostatnich miesiącach niezwykle dużo. Większość z nich – nie ma co ukrywać – zdecydowanie na wyrost. Wkrótce jednak powinno być nieco lepiej.
Inwestycje drogowe skutecznie uprzykrzają życie wszystkim kielczanom. Gdy jednak ulice i węzły zostaną skończone, kierowcy odetchną z ulgą. Gorzej będą mieli lokatorzy domów i bloków, stojących przy nowych trasach komunikacyjnych. Bo może rzeczywiście będą mieli cicho, ale czy to sprawi, że ich życie stanie się przyjemniejsze? Mocno wątpliwe, biorąc pod uwagę to, jak głośno mieszkańcy walczą z ekranami. I to nie z ich likwidacją, bo tu nic raczej nie wskórają. Spór trwa jedynie o zmianę konstrukcji zabudowanych na przezroczyste. A to oczywiście kosztuje.

Kielczanie się zbuntowali
Rozpoczęło się od Bocianka; tam wzdłuż całej ulicy Świętokrzyskiej, czyli fragmentu drogi ekspresowej S74 z Kielc do Cedzyny, zdecydowano się na zamontowanie ekranów całkowicie zabudowanych. Jednak po roku, na wniosek mieszkańców, kielecki oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad postanowił wymienić część konstrukcji. – Zmieniliśmy ekrany usytuowane bezpośrednio przy przystanku autobusowym i wejściu na kładkę dla pieszych – mówi Małgorzata Pawelec, rzecznik prasowy GDDKiA. Modernizacja kosztowała 180 tys. zł.
Po protestach mieszkańców Bocianka swoje uwagi zaczęli zgłaszać kielczanie z ulicy Krakowskiej. To zresztą spowodowało poślizg w budowie tej trasy. – Zmiany były spore, bo w pierwotnym harmonogramie zaplanowano tylko 80 metrów ekranów przezroczystych. Teraz jest ich o pół kilometra więcej – wyjaśnia Jarosław Skrzydło, rzecznik Miejskiego Zarządu Dróg. – Ich montaż jest trudniejszy, bardziej czasochłonny i wymaga innej technologii, dlatego przystaliśmy na prośbę wykonawcy o przedłużenie terminu. Prace miały skończyć się w grudniu, ale znów się nie udało. Nowy termin wyznaczono na koniec maja tego roku.
Ostatnio na ekrany głośno i zdecydowanie zareagowali lokatorzy z ulicy Okrzei. Tam budowane są dwa – jeden o długości 66 metrów przy blokach mieszkalnych, a drugi, 228–metrowy, bliżej węzła Skrzetle. – Postaramy się pójść tym ludziom na rękę – zapewnia rzecznik MZD. – Za nami są naprawdę rzeczowe dyskusje. Jest wola miasta, by część ekranów pełnych zamienić na przezroczyste. Zaproponowaliśmy, żeby osoby zainteresowane wskazały miejsca ich ustawienia. To ważne szczególnie dla przedsiębiorców, bo ich punkty handlowe będą lepiej widoczne.

Producenci zarobili fortunę
Nikt nie powstrzyma jednak budowy kolejnych ekranów na węźle Żelazna. Przy ulicy Czarnowskiej staną już wkrótce, choć będzie ona niebawem tylko trasą lokalną, a w dodatku nikt tam nie mieszka. Pojawią się też na ulicy 1 Maja i zasłonią neogotycki kościół Świętego Krzyża. To przykre, szczególnie gdy przypomnimy sobie, że świątynia nie tak dawno zyskała efektowną, nocną iluminację. Trudno ją teraz będzie podziwiać.
Wszystkie wspomniane konstrukcje musiały powstać, bo tak wynika z rozporządzenia Ministra Środowiska z czerwca 2007 roku w sprawie dopuszczalnych poziomów hałasu. Teraz jednak sytuacja się zmienia, bo obecna nowelizacja rozporządzenia zwiększa dozwolone limity np. w strefach śródmiejskich, wyrównując je do średniego poziomu obowiązującego w państwach Unii Europejskiej. – Wyliczenia GDDKiA wykazują, że gdyby przez ostatnie pięć lat obowiązywało obecne rozporządzenie, to ekrany byłyby krótsze o około 30 procent, a koszty ich budowy zmniejszyłyby się o 25 proc. To bardzo dużo – przekonuje Jarosław Skrzydło.
Jak wyliczył dziennik „Rzeczpospolita”, pomysły Ministerstwa Środowiska spowodowały niepotrzebne wydanie około miliarda złotych! Zbędna była budowa aż połowy ekranów akustycznych w Polsce. Na całej operacji zyskała tylko jedna grupa – ich producenci, którzy zarobili ogromne pieniądze. Według dziennikarzy „Rz”, za zaoszczędzoną kwotę można było wybudować 25 km autostrady lub 30 km drogi ekspresowej.

Teraz trzeba to utrzymać
Na szczęście możemy patrzeć w przyszłość z lekkim optymizmem. Cieszyć się mogą zwłaszcza ci, którzy mieszkają przy ulicy Grunwaldzkiej. – Szykujemy się do dużej inwestycji, czyli przebudowy tej drogi od ulicy Podklasztornej do ulicy Szajnowicza–Iwanowa. Zamierzamy poszerzyć jezdnie, utworzyć buspasy i zbudować estakadę dla komunikacji miejskiej przy skrzyżowaniu z ulicą Piekoszowską. Według starych norm należałoby zbudować ekrany o długości aż 900 metrów. Teraz jednak, w myśl nowego rozporządzenia, tych ekranów nie będzie wcale – zdradza rzecznik MZD.
Czy jednak można dziś wykluczyć, że ekrany już w Kielcach zamontowane za jakiś czas po prostu nie znikną? Chyba nikt nie odważy się tego obiecać – komfort życia może by wówczas wzrósł, ale przecież oznaczałoby to, że setki tysięcy złotych zostały po prostu wyrzucone w błoto. Ale nie ma co ukrywać, że nawet jeśli konstrukcje pozostaną na swoich miejscach, to i tak sporo środków z pieniędzy podatników będzie przekazywanych na ich konserwację.
– Widzimy już dzisiaj, że ekrany są bardzo drogie w utrzymaniu. Idealnym przykładem są te zbudowane przy ulicy Świętokrzyskiej, często palone i niszczone. Musimy więc przeprowadzać drogie wymiany. Wystarczy powiedzieć, że metr kwadratowy to koszt od 150 do 230 euro, a przecież to tylko mały fragment całości – mówi Jarosław Skrzydło.
I w ten oto sposób, prawie 70 lat po wojnie, nie dość, że niektórzy z nas znów mieszkają w swego rodzaju gettach, to jeszcze muszą za to płacić.
Tomasz Porębski